Wyrwałam się z lekkiego pół-snu na trasie Kalisz-Wrocław. Nie wiem czy to bardzo krótka noc czy może dzisiejsza pogoda tak mnie zmęczyły, ale byłam już w takim stanie, że słowa uciekały mi sprzed oczu. Dostałam chyba nauczkę za picie wieczornego latte. Co prawda espresso tam za dużo nie było, ale przy moim wstręcie do kawy przez ostatnie 24 lata nawet odrobina niesie ze sobą ogromne skutki.
No właśnie. Ostatnie 24 lata. Szybko zleciały. Nie jest to żadna okrągła liczba, nie jest to nawet potęga dwójki. Ot takie 24. Lepiej w sumie myśleć, że rozpoczęłam 25. rok życia. Ćwierćwiecze. Brzmi dumnie, szczególnie przy moim wyglądzie pozostającym nadal w okolicach świeżej pełnoletności.
Skoro dopiero za rok nadarzy się taka okrągła rocznica, to może zostawię sobie na tę właśnie okazję rozliczenie z lat ubiegłych. Teraz co najwyżej powspominam, ponarzekam i podumam w pół-śnie, bo pogoda i czas ku temu sprzyjają.
(Tułaczka Rhezusa śladami konania i tak dobiega końca – niestety zbyt szybko jak dla mnie, więc wolę sobie zostawić ostatnie kartki powieści na później, by dłużej móc się nią delektować. Szczególnie, że nie jestem jeszcze w posiadaniu drugiej części.)
Ogóle jestem względnie zadowolona. Ale mimo to wolałabym, żeby 25. rok życia był lepszy od 24. Jak na razie na horyzoncie jedynie podróż do Norwegii, ale jakieś szanse są. W końcu to dopiero pierwszy dzień.
Oby do przodu.